Widok wiedźmy był dla mnie normalny już od dziecka. Wiecznie ten duszący odór. Przytłumione krzyki ludzi. Rozrywające serce płacze dzieci. Dobrze pamiętam jak pomogłam uciec jednej dziewczynce. Miała takie ładne imię- Wilfria. Nie chciałam słyszeć, czuć jak umiera... do tej pory mam czerwony ślad na lewej ręce. Matka potrafiła uderzyć, używając energii.
Wiem jak umarł ojciec
Przymykam oczy. Właściwie, nie nazwałam go nigdy "tatą". Był Panem odwiedzającym nas czasami ale nigdy nie wysilającym się nawet na uśmiech. Nie odwiedzał nas po to by spojrzeć na mnie i powiedzieć coś w stylu: Ale wyrosłaś!
Pan przychodził by wziąć zapas mikstur, które potajemnie używał do swoich prywatnych spraw...no, i czasem posuwał moją matkę. Na samą myśl o tym mdli mnie. Pan szybko umarł. Tak nagle. Pewnie w tej szopie za domem do której bałam się wchodzić. W pewnym sensie ma szczęście gdyż jego poprzednik, ojciec Everees, żył o wiele krócej.
Everees... była dla mnie zawsze autorytetem i jedynym oparciem. Często opowiadała mi o czasach w których mama była całkiem normalna. Gdy jej włosy były w schludnym koku, na stoliku stała misa owoców i dziczyzna, a w domu czuć było ciepło i bezpieczeństwo. Magia zabrało to.
- Stark!- słyszę męski głos i zamieram w bezruchu. Nasłuchuję -Stark!- wnioskuję, że to imię i że mężczyzna kogoś woła. Ścieżka biegnąca, skrajem lasu staje się nagle bardzo niebezpieczna. Po prawej dobiega mnie trzask gałązek. Idzie tu. Odwracam się gotowa do ucieczki. I wtedy trafiam na czyjeś ciało. Chwieję się i staram złapać równowagę.
- Kto ty?- pyta się postać. Przerażona zerkam na około dziewiętnastoletniego chłopaka. Ma jasnobrązowe włosy, sklejone od potu i brudu, oczy niczym jastrząb i zmęczoną twarz z zarostem. Nie wiem co robić. Wpadam w panikę. Pamiętaj, jesteś normalna. Im bardziej dziwna jesteś, tym większa szansa, że ta strzelba w jego dłoni znajdzie się niebezpiecznie blisko Twojej głowy.
- Ema- odpowiadam cicho, pamiętając słowa Everees by na wszelki wypadek nie podawać swej prawdziwej tożsamości.
-Skąd?- kolejne trudne pytanie. Chłopak mruży oczy. Kątem oka cały czas obserwuję strzelbę.
- Z Freiburga. Podróżuję... jestem krawcową i gospodynią- moje słowa są za szybkie, zbyt płynne, nienaturalne. Mam nadzieję, że nie wyczuje w tym kłamstwa. Zza krzaków wybiega duży, brązowy pies. To on musiał tak hałasować.
- Stark!, do nogi...- pies posłusznie podbiega do Pana. Kiedy zwierz znajduję się przede mną zaczyna cicho skomleć. Czuje moją krew, która nie do końca jest ludzka. Zaciskam szczękę.
-Sprawa wygląda tak. Ja daję Ci dach nad głową, a ty sprzątasz i gotujesz... w końcu potrzebujesz pracy, tak?- kiwam głową, choć każda cząstka każe mi uciekać w tej chwili - Chyba idzie burza, Stark zazwyczaj wtedy zachowuje się jak przerażony szczeniaczek. Wieczór tuż tuż, a ja jestem całkiem ciekaw jak powiódł się plan i na wszelki wypadek wolę być w bezpiecznej chacie- Słowo "Plan" brzmi w jego ustach majestatycznie. Niestety nie rozumiem o co chodzi. Drepczę za nim, choć rozum każe uciekać. Jak długo zdołam ukrywać swoją naturę?
- Przepraszam... jaki PLAN?- chłopak zatrzymuje się i zerka na mnie z góry. Jest ode mnie o wiele wyższy. Dla niego muszę być jeszcze dzieckiem. Tydzień temu skończyłam dopiero co 15 lat.
- Nie wiesz? Wszyscy o tym gadają od tygodni! Musiało Ci się obić o ucho...- gdy to mówi marszczy czoło, a ja znów czuję się jak mała dziewczynka nad przepaścią.
- Coś tam słyszałam ale...- moje gardło odmawia posłuszeństwa. Kiedy ostatnio coś piłam? - No o wiedźmy, dziewczyno!- krzyczy nagle chłopak. Moje ciało przechodzi dreszcz.
- O te niewdzięcznice w lasach. Trują nam życie. Mieliśmy tego dość. Dziś parę wiosek zdecydowało się zaatakować. Zasługują na śmierć
- Ah tak... pewnie, że tak- mówię a przed oczami znów mam mój sen. Jestem daleko od płomieni. Everees też się przeniosła. Dziś może nie zginę. Zamierzam pełnić rolę Służki do czasu, aż mój nowy Pan nie zorientuje się, że coś ze mną nie tak. Po drodze obserwuję ostatnie ptaki i nadlatujące znikąd nietoperze. Wsłuchuję się w koncert cykad. Chłopak prowadzi mnie na wzgórze, na którym maluje się rozpadająca ale wciąż przydatna chata. Zaczynam nowe życie. Tak jak marzyłam...no, oczywiście w moich marzeniach wyglądało to lepiej ale przynajmniej będę mieć dach nad głową. Rzadko kto przyjmuje dzieci w moim wieku. Za duże na wychowanie i za słabe na cięższe prace.
Nim dochodzimy do chaty mam setki wyrzutów i obaw, które promieniują w mojej aurze. Staram się to stłumić ale moja energia chce się uwolnić. Lekki wiatr przemyka obok mnie i bawi się moimi rudymi włosami. Pamiętam jak Pan powiedział kiedyś, że są brzydkie i że on na moim miejscu by je ściął. Muskam moje włosy dłonią. Są tragicznie przesuszone i śmierdzą gorzej niż zazwyczaj.
- A tak w ogóle to jestem Medard- odzywa się nagle chłopak, a ja wydają cichy dźwięk, który prawdopodobnie miał być oznaką zaakceptowania jego wypowiedzi.
- Masz żonę?- pytam, a chłopak wzdycha, otwierając drzwi i kładąc strzelbę na ganku. Stark wbiega radośnie przez wysoki próg. Boję się, że wypomni mi to, że nie zwróciłam się do niego "Panie".
- Nie. Mieszkam z siostrą. Ale Pani Gerwina jest w tej chwili ciężko chora... potrzebuje ciszy- mówi, a ja kiwam głową, przyjmując do wiadomości to, że nie akceptuje żadnych hałasów w domu. Niemal przeskakuję przez próg i czuję ulgę, że Medard nie zwraca dużej uwagi na to jak się do niego zwracam.
- Na co jest chora?- próbuję pokazać, że niezmiernie martwi mnie stan jego siostry.
- Zakażenie chyba. Dziki pies ją zaatakował- chłopak odpowiada, a ja słyszę drżenie w jego głosie. Pozwalam sobie na wgląd w jego aurę. Kocha Gerwinę. Jest jedyną osobą, która mu pozostała. Wie, że umiera i bardzo się tego boi. Kiedy jego ból zaczyna być przytłaczający, przestaję czytać jego aurę. Skupiam się na oglądzie przedsionka i z zadowoleniem stwierdzam, że pachnie tu znacznie lepiej niż w moim dawnym domu.
Chłopak ostrożnie zerka do najbliższej izby - Wróciłem siostrzyczko. Znalazłem Ci kogoś do towarzystwa...- czuję, że powinnam także wejść do izby. Cicho zbliżam się do Medarda.
- To Ema. Będzie teraz z nami mieszkać...jak się czujesz?- mówiąc to podchodzi do łóżka i chwyta bladą dłoń słabiutkiej istotki. Przygryzam wargę bo nie wiem co powinnam teraz robić. Nerwowo szuram nogą po spękanej podłodze.
- Ema...- słyszę nieśmiały, dziewczęcy głos i dopiero teraz mam odwagę zerknąć na łóżko. W kocach leży śliczna dziewczyna o dużych, sarnich oczach. Jest ogromnie podobna do brata. Automatycznie wnikam w jej aurę.
Gerwina jest bardzo chora. Wirus zainfekował już całe ciało. Serce ma zamiar zakończyć swą pracę już za tydzień. Czuję śmierć. Jej miłość do brata i strach przed bólem, który ją czeka jest główną cząstką, którą da się w niej wyczuć.
Podchodzę do łóżka - Tak?- pytam. Gerwina uśmiecha się na mój widok
- Oh, ależ ty jesteś śliczna!- mówi, a ja się czerwienię. Odkąd pamiętam wszyscy zawsze mówili mi, że jestem brzydka. Mam szpiczasty, piegowaty nos. Wyłupiaste szaro niebieskie oczy i zero wdzięku. Nie jestem ładna, a mimo to jej komplement jest całkowicie szczery.
- Dziękuję- odpowiadam - Będzie dobrze- wyrywa mi się to stwierdzenie. Obawiam się reakcji ale Gerwina rozpromienia się. Widocznie bardzo jej to pomogło. I wtedy niechcący zerkam na twarz Medarda. Dostrzegam jego ból w spojrzeniu. Słyszę płacz, który tłumi w sobie. I wtedy już wiem, że nie mogę odejść. Że muszę mu pomóc. I choćby miał dowiedzieć się kim jestem: Uratuję jego siostrę...
(A więc oto moje wypociny. Mam nadzieję, że nie jest najgorzej :) )



